Pielgrzymka. Kilkaset kilometrów, pięć dni, kilka niezwykłych miejsc i… całkiem sporo powodów do uśmiechu 🙂
Pielgrzymowanie to nie tylko modlitwa i odwiedzanie sanktuariów. To także ludzie, rozmowy, wspólne posiłki, zachwyt nad pięknem, chwile zadumy i ten szczególny rodzaj radości, który pojawia się wtedy, kiedy jesteśmy razem i nigdzie nie musimy się spieszyć.
9 września, chwilę po szóstej rano, wyruszyliśmy z Pucka. Dla niektórych była to pora zdecydowanie zbyt wczesna na wielkie duchowe przeżycia, ale pielgrzymka ma swoje prawa. Zresztą szybko okazało się, że kawa, dobry humor i świadomość tego, co przed nami, potrafią postawić na nogi nawet najbardziej zaspanych pielgrzymów.
Niepokalanów
Pierwszym przystankiem był Niepokalanów – miejsce szczególne, związane ze św. Maksymilianem Marią Kolbem. Rozpoczęliśmy od Mszy Świętej, powierzając Bogu nasze intencje. Było w tym coś bardzo symbolicznego -zanim zaczęliśmy zwiedzać, poznawać i zachwycać się kolejnymi miejscami – najpierw stanęliśmy przy ołtarzu.
Następnie mieliśmy okazję poznać wyjątkową historię tego niezwykłego miejsca.
Po Niepokalanowie oprowadzał nas ojciec Michał – człowiek z wybitnym poczuciem humoru i niezwykłym talentem do opowiadania. Jego historie, anegdoty i sposób, w jaki przedstawiał Niepokalanów, sprawiły, że słuchało się go z ogromnym zainteresowaniem. Jego opowieści z pewnością zapamiętamy na długo. Niepokalanów przestał być dla nas tylko punktem na mapie – stał się miejscem pełnym ludzi, historii, wiary i niezwykłych wydarzeń.
Potem był obiad i dalsza droga do Lublina, który przez kolejne dni stał się naszą bazą. Hotel, kolacja, rozmowy i wreszcie odpoczynek.
Lublin – historia, piękno i… winnica
Następnego dnia po śniadaniu i Mszy Świętej rozpoczęliśmy zwiedzanie Lublina z przewodnikiem. Stare Miasto, piękne kamienice, zabytki i historie ludzi, którzy przez wieki tworzyli to miasto – wszystko to sprawiało, że chciało się słuchać i patrzeć.
Był oczywiście także czas wolny, bo pielgrzymka pielgrzymką, ale przecież każdy czasem potrzebuje chwili na kawę, spokojny spacer czy małe zakupy 🙂
A później czekało nas miłe popołudnie w Winnicy Lubelskiej. Degustacja wina, przekąski, rozmowy i przede wszystkim dużo radości ze wspólnego czasu. Gospodarze opowiadali nam o niuansach produkcji wina. Oprowadzili nas po swojej hektarowej winnicy. Posmakowaliśmy winogrona z każdego szczepu, które uprawiają . Można było zakupić wyprodukowane przez nich produkty. Była to jedna z tych chwil, kiedy nikt nie patrzył na zegarek, a rozmowy same się toczyły. I chyba właśnie takie momenty budują wspólnotę równie mocno jak wspólna droga.
Radecznica – miejsce szczególne
Kolejnego dnia ruszyliśmy do Radecznicy, do Sanktuarium św. Antoniego. To był dla wielu z nas ważny duchowo punkt pielgrzymki, na który szczególnie czekałam. To tutaj znajduje się Sanktuarium św. Antoniego, miejsce związane z wielowiekową tradycją jego kultu. W Radecznicy najpierw mieliśmy czas na osobistą modlitwą przed Najświętszym Sakramentem ,a potem uczestniczyliśmy we Mszy Świętej.
Przyjechałam tutaj z własną, bardzo osobistą intencją. Modliłam się za Zbyszka – z okazji jego urodzin – prosząc św. Antoniego o opiekę, zdrowie, Boże prowadzenie i wszelkie potrzebne łaski. Modliłam się również za naszą rodzinę.
Są takie miejsca, w których człowiekowi łatwiej zatrzymać się na chwilę i powiedzieć Bogu to, czego nie zawsze potrafimy powiedzieć ludziom. Zostawić Mu swoje troski, podziękowania i prośby. I po prostu zaufać.
Zamość
Po modlitwie w Radecznicy czas na kolejne odkrycia – Zamość, nazywany idealnym miastem. I rzeczywiście – jego rynek, kamienice, renesansowa architektura i niezwykła historia robią ogromne wrażenie. Spacer z przewodnikiem pozwolił nam spojrzeć na to miasto nie tylko oczami turysty, ale również przez pryzmat ludzi i wydarzeń, które kształtowały jego historię.
Pomimo padającego deszczu rynek, kolorowe kamienice, historia i atmosfera Zamościa zrobiły na mnie ogromne wrażenie.
Sandomierz – kolejny dzień, kolejne zachwyty
Kolejny dzień zaprowadził nas do Sandomierza. Po Mszy Świętej zwiedzaliśmy miasto, które wielu z nas znało wcześniej z telewizji , chociażby z lubianego serialu „Ojciec Mateusz”- ale zobaczyć je na własne oczy – to zupełnie inna historia. Sandomierz ma w sobie coś wyjątkowego. Wąskie uliczki, zabytkowe kamienice, piękne widoki i Wisła w tle sprawiły, że trudno było się nie zachwycić a atmosfera, sprawia, że człowiek chce zwolnić.
I chyba właśnie tego przez tych pięć dni uczyła nas nasza pielgrzymka – zwolnić.
Z Maryją na zakończenie
Ostatni dzień rozpoczęliśmy od wyjazdu do Wąwolnicy, do Sanktuarium Matki Bożej Kębelskiej.
Kolejna Msza Święta, kolejna modlitwa i kolejne zawierzenie. Można było odnieść wrażenie, że przez te kilka dni odwiedzaliśmy nie tylko kolejne miejsca, ale przede wszystkim ludzi i pokolenia, które przez wieki przychodziły tutaj ze swoimi radościami, troskami i nadzieją.
Na zakończenie odwiedziliśmy Kazimierz Dolny. Piękne miasteczko nad Wisłą, pełne uroku, historii i artystycznej atmosfery. Był spacer, obiad, czas wolny i wreszcie… trzeba było powiedzieć: wracamy do Pucka.
Do domu dotarliśmy około północy.
Najważniejsze było jednak to, czego nie było w programie …
Patrząc na program naszej pielgrzymki, można by powiedzieć: Niepokalanów, Lublin, Radecznica, Zamość, Sandomierz, Wąwolnica, Kazimierz Dolny.
Ale tak naprawdę najważniejsze rzeczy nie były zapisane w programie.
Nie było tam :wspólnych rozmów w autokarze, śmiechu, żartów, życzliwości, pomocy, czasem zmęczenia, czasem wzruszenia. Tych krótkich rozmów, które nagle okazują się ważniejsze niż cały zaplanowany dzień.
Ogromną wartością naszej pielgrzymki był nasz przewodnik duchowy – Ksiądz Mariusz Kunicki – proboszcz naszej parafii p.w. Świętej Faustyny w Pucku.
Księże Proboszczu, dziękuję za prowadzenie nas przez te pięć dni. Za każdą Mszę Świętą, za homilie, za słowa, które pomagały nam głębiej przeżywać odwiedzane miejsca i przede wszystkim za to, że przypominał nam Ksiądz, iż pielgrzymka nie jest wycieczką, ale drogą – również drogą wiary.
Szczególnie zapamiętamy katechezę o Eucharystii, którą usłyszeliśmy w autokarze. Ciekawą, konkretną i niezwykle potrzebną. Bo czasem właśnie w drodze można dowiedzieć się czegoś, co później sprawia, że inaczej patrzymy na to, co wydawało nam się dobrze znane.
Dziękujemy również za pogodę ducha, uśmiech i cierpliwość. Bo pięć dni z grupą pielgrzymów to przecież także pewnego rodzaju próba charakteru.
Wielkie podziękowania należą się również organizatorom pani Roksanie i Panu Piotrowi za perfekcyjne przygotowanie, dopracowanie każdego szczegółu, punktualność, troskę i sprawne przeprowadzenie całej pielgrzymki. Dzięki Wam mogliśmy po prostu być – modlić się, zwiedzać, odpoczywać i cieszyć się wspólną drogą.
Osobiści dziękuję wszystkim współpielgrzymom za atmosferę, życzliwość, otwartość, uśmiech i wzajemną pomoc. To właśnie ludzie sprawiają, że zwykły wyjazd staje się wspomnieniem, do którego chce się wracać.
Pielgrzymka skończyła się wraz z naszym powrotem do Pucka, ale przecież droga nie kończy się wtedy, kiedy wysiadamy z autokaru. To, co najważniejsze, zabieramy ze sobą do domu.
Zostają modlitwy, które złożyliśmy w sanktuariach. Intencje, które powierzyliśmy Bogu. Słowa, które usłyszeliśmy. Ludzie, których spotkaliśmy. I chwile, które być może dopiero po czasie nabiorą swojego prawdziwego znaczenia.
Wracamy do codzienności – do pracy, obowiązków, problemów i zwykłych spraw.
Ale może właśnie o to chodzi w pielgrzymowaniu.
Żeby wrócić do tego samego życia, ale z trochę innym sercem.
Bo są takie drogi, po których człowiek wraca do tego samego domu, a jednak nie jest już dokładnie takim samym człowiekiem.
Bogu niech będą dzięki za tę drogę. Za wszystkie miejsca, które mogliśmy zobaczyć. Za ludzi, których postawił na naszej drodze. I za to, że mogliśmy przeżyć te pięć dni – razem.
Lidia Gierczak